Parafia >> Czytelnia

Dylematy wiary i niewiary w Boga

Szukam, o Panie, Twojego Oblicza (Ps 27,8)

Dylematy wiary i niewiary w Boga

http://www.katolik.pl/

z ks. prof. Waldemarem Chrostowskim rozmawia Wojciech Zagrodzki CSsR

Wojciech Zagrodzki CSsR: Niekiedy z zazdrością spoglądamy na wiarę wielkich postaci biblijnych jak np. Abraham czy Mojżesz. Czy rzeczywiście zaufanie Bogu nie stanowiło dla nich żadnego problemu? Z drugiej strony wiemy, że wielu Izraelitów wołało do Boga: Dlaczego ukrywasz swoje oblicze? (Ps 44,25). Czy nasze trudności z wiarą są tego samego rodzaju?

Ks. Waldemar Chrostowski: Nasze trudności z wiarą w Boga biorą się w dużej mierze stąd, że usuwamy rozum z jej przestrzeni. Często żyjemy w przekonaniu o rzekomych sprzecznościach między wiarą a rozumem. Biblijni bohaterowie wiary nie znali takich dylematów, bo dla nich rozum z samej swej natury domaga się wiary, tak samo jak wiara z samej swej natury domaga się rozumu. Psalmy 14. i 53. rozpoczynają się od słów: Nie ma Boga!, po których natychmiast pojawia się dopowiedzenie: rzekł głupi w swoim sercu.

To nie wiara, ale niewiara jest nierozumna! Bez wiary w Boga rozum zostaje śmiertelnie okaleczony, bo poleganie wyłącznie na rozumie jest wysoce nierozumne. Wiara w Boga - to paradoks - w pewnym sensie nie potrzebuje dowodów, ponieważ zasadniczy dowód na rzecz swojej prawdziwości nosi poniekąd w sobie, potwierdzając i uwydatniając fundamentalne wartości życia człowieka takie jak prawda, dobro i piękno, o które dopomina się także rozum. Najbardziej przekonującym dowodem na istnienie Boga jest przede wszystkim głód Boga, który istnieje w człowieku. Bywa on przez niektórych ludzi zabijany, tłumiony, lekceważony albo oszukiwany - podobnie jak na jakiś czas można oszukać albo tłumić głód fizyczny.

A jeśli ktoś takiego głodu Boga w ogóle w sobie nie odnajduje?

Owszem, zdarzają się ludzie, którzy twierdzą, że głodu Boga nigdy nie mieli. Być może to prawda, bo takich deklaracji doświadczalnie zweryfikować się nie da. Musimy zatem wierzyć tym, którzy mówią, że wiary nie mają ani jej nie potrzebują. Jednak powszechność wiary w Boga jest tak ogromna, iż obojętność wobec niej lub tym bardziej brak pytania o Boga pozostają czymś osobliwym i bardzo dziwnym. Do Boga na ogół dochodzimy dwiema drogami, przy czym obie są wpisane w naturę człowieka. Pierwsza, bardziej rozpowszechniona, wychodzi od związanego z ludzką naturą pragnienia Boga, swoistego głodu Boga. Człowiek odczuwa swoje niespełnienie, jakiś radykalny brak wpisany w egzystencję ograniczoną do wąskich ram tego świata.

Druga droga zaczyna się od uważnej obserwacji świata oraz refleksji nad jego złożonością, co prowadzi do pytania o ostateczny początek i cel wszystkiego, co istnieje. Nie chodzi wyłącznie o opis oraz analizę przyczyn i skutków różnych zjawisk zachodzących w przyrodzie, lecz o coś znacznie bardziej zasadniczego. Weźmy jako przykład współczesną wiedzę kosmologiczną, która zajmuje się także problemem pochodzenia świata. Zdaniem większości kosmologów świat miał swój początek (jakkolwiek go nazwać: "wielki wybuch" czy inaczej), zaś logika nakazuje uznanie, że wszystko, co ma początek, jest skończone, a więc będzie miało również swój koniec. Nie widzę większych trudności dla rozumu, gdy chodzi o uznanie istnienia Boga. Co więcej, właśnie gdy przyjmujemy istnienie Boga, dopiero wtedy prawda o Bogu stawia rozum wobec trudnych wyzwań, którym powinien sprostać.

Czyli prawdziwe jest powiedzenie: Największym problemem nie jest to, czy Bóg istnieje. Trudności zaczynają się dopiero wtedy, jeśli Bóg istnieje[1]? Na czym polega dla rozumu problem z wiarą w istnienie Boga?

Kłopoty zaczynają się i narastają wtedy, gdy tworząc fałszywą antynomię między wiarą a rozumem, przykłada się do wiary w Boga kategorie czysto ludzkie, np. przyrodnicze, czyli takie, które są stosowane do opisywania i poznawania otaczającego nas świata. Ale Boga nie da się wpisać w kategorie tego świata! Kto próbuje to czynić, jest skazany na dotkliwą porażkę. Właśnie z tego powodu wiara bywa uważana za nierozumną, podczas gdy w rzeczywistości wcale taką nie jest. Jednak o Bogu możemy myśleć i mówić jedynie na zasadzie analogii, a więc na podobieństwo przypowieści, które odkrywają ważne prawdy, a zarazem uświadamiają, że znacznie więcej pozostaje przed nami zakryte.

Świat starożytny zasadniczo nie znał zjawiska ateizmu. Jego cechą była religijność, czy to w formie monoteistycznej, czy to w różnych odmianach politeizmu, uznających, że życie i losy ludzkie są regulowane przez bóstwa, które w rzeczywistości stanowiły projekcję ludzkiego świata. Kiedy człowiek Biblii wołał: Dokąd kryć będziesz przede mną swoje oblicze? (Ps 13,2), Boże, Ty Boże mój, Ciebie szukam (Ps 63,2) albo Nie kryj swego oblicza przed Twoim sługą (Ps 69,18), to nie chodziło tu o przełamywanie niewiary; te wołania ujawniają problem, który należy do dziedziny teodycei, czyli usprawiedliwienia Boga.

Problem usprawiedliwienia Boga? Czy to znaczy, że Bóg musi się "usprawiedliwić" przed człowiekiem?...

Pytanie, które dla człowieka Biblii było prawdziwym problemem, brzmiało: Jak pogodzić wszechmoc, mądrość i miłość Boga z obecnością wszystkiego, co w świecie jest złe i grzeszne, a co z perspektywy człowieka jawi się jako porażka Wszechmogącego względem zła? Doświadczane zło, zarówno pochodzące od ludzi (krzywda, upokorzenie, wyzysk, przemoc), jak i niezależne od człowieka (choroby, klęski i katastrofy naturalne), wymaga, by Bóg niejako usprawiedliwił się przed człowiekiem. Wołano więc do Niego: Ukaż mi swoje oblicze, czyli pozwól zrozumieć, dlaczego w świecie, w którym istnieje tak wiele zła, Ty, Boże, wydajesz się być nieobecny albo milczeć. Dylematem ludzi Biblii nie było pytanie o istnienie Boga, gdyż traktowano je jako coś tak samo oczywistego jak istnienie świata, ale o Bożą obecność w świecie.

Największy dylemat ludzi Biblii można sformułować tak: kłopot ze zrozumieniem siebie i swej egzystencji mają nie tylko ci, którzy nie wierzą w Boga i szukają innego trwałego fundamentu, na którym można budować życie, lecz również ci, którzy wierzą w Boga, ale potrzebują Jego usprawiedliwienia wobec wszechobecnego w świecie zjawiska zła. Ten sam dylemat istnieje także dzisiaj. Przekonująca odpowiedź stanowi najbardziej wyrazisty sprawdzian naszej wiary, gdyż chodzi tu o dramatyczne napięcie między wiarą w Boga a ufnym zawierzeniem Bogu. Wielu z tych, którzy deklarują wiarę w Boga, nie jest w stanie prawdziwie Mu zawierzyć. Męstwo i odwaga biblijnych bohaterów polega na tym, że umieli przekroczyć próg zawierzenia i stali się prawdziwymi bohaterami zaufania Bogu i uznania Jego życiodajnej obecności w świecie.

Czy to znaczy, że rzeczywiście większe trudności z Bogiem ma wierzący niż ateista?

Owszem, ale są to trudności innego rodzaju. Jedni, a tych jest zdecydowana większość, wierzą, że Bóg istnieje; drudzy wierzą, że Bóg nie istnieje. To nie jest zatem tak, że jedni wierzą, że Bóg istnieje, a drudzy wiedzą, że Go nie ma. Wszyscy poruszamy się w sferze wiary! Ale sytuacja człowieka, który wierzy, że Boga nie ma, jest trudniejsza niż człowieka religijnego, bo w gruncie rzeczy nie jest on w stanie racjonalnie zrozumieć świata i zjawiska życia, a także swego pochodzenia i przeznaczenia. Nie mając wiary religijnej, traci najbardziej solidny fundament życia. Bo jeżeli Boga nie ma, jaki jest sens naszego życia? Gdy człowiek dożywa późnej starości, tym lepiej widzi przejściowość i ulotność swojej egzystencji. Pytania można mnożyć: całe życie wielu osób jest naznaczone chorobami i nieszczęściami; czyżby przychodzili na ten świat jedynie po to, by cierpieć, i to bez żadnego sensu? Czy to wszystko jest niczym więcej jak tylko czystym przypadkiem? Swoistą kpiną i drwiną z człowieka, jedynego bytu, który ma świadomość skutków cierpienia oraz śmierci? A jeśli tak, to kto i dlaczego tak okrutnie z niego zadrwił? O ile ateista w poszukiwaniu odpowiedzi na te pytania jest zdany wyłącznie na siebie, o tyle człowiek religijny wierzy, że Bóg udziela mu przekonujących odpowiedzi oraz że się na tych odpowiedziach Boga nie zawiedzie.

Te dylematy stanowią centralny problem Księgi Hioba. Hiob, człowiek sprawiedliwy i dobry, zostaje wystawiony na ciężką próbę, ale nie wie, że to próba. Nieszczęścia Hioba są następstwem "zakładu" między Bogiem a szatanem: szatan utrzymuje, że pobożność to przymiot ludzi, którym się dobrze powodzi, bo mają za co Bogu dziękować; Bóg odpowiada, że ludzie prawdziwie pobożni są w stanie w każdych warunkach dochować Mu wierności. Hiob zostaje dotknięty ciężkimi nieszczęściami. Jego przyjaciele, widząc tę dotkliwą ruinę, próbują ją zracjonalizować, czyli wytłumaczyć "po ludzku". Wszystkie ich odpowiedzi można sprowadzić do jednej: cierpienie jest karą za zło popełnione przez cierpiącego człowieka lub przez kogoś z jego rodziny lub otoczenia albo karą za grzechy innych ludzi, bo przecież wszyscy są grzeszni. Po długich dyskusjach, podczas których Hiob broni swej niewinności, następuje odpowiedź Boga: istnieje w świecie cierpienie niewinnych, lecz jego sens jest znany jedynie Jemu! Człowiek, który wierzy w Boga, otrzymuje więc odpowiedź na pytania, które w sobie nosi. Wie, że w świecie istnieje krzywda, przemoc, wyzysk, a także choroby i cierpienia, które dotykają sprawiedliwych, lecz wierzy, że to wszystko ma sens, aczkolwiek ów sens jest znany tylko Bogu. W tym świetle potrafi przyjąć to, co go spotyka, i w tym duchu patrzeć na swoje otoczenie i losy świata.

Wielu ludzi nie przyjmuje tej odpowiedzi Boga. Została ona jednak potwierdzona w Chrystusie: niewinny Jezus cierpi i umiera, uznając zbawczy, zamierzony przez Boga sens swego cierpienia i śmierci. Tak dotykamy głębi tajemnicy Krzyża.

Uznanie tej odpowiedzi Boga jest chyba największą trudnością wiary człowieka wierzącego...

Uznanie tej odpowiedzi oznacza wyznanie wiary człowieka, który przez nią wyraża swoje najpełniejsze zaufanie wobec Boga. Uznaje, że nic w świecie nie jest ślepym przypadkiem i że w tym, co najtrudniejsze, można i trzeba całkowicie zaufać Bogu, który - nie przenikniemy Jego tajemnicy - sprawił, że cierpienie niewinnych jest nieusuwalnie włączone w logikę tego świata. Ale - dodajmy - Bóg nie wymaga cierpienia jedynie od ludzi. Cierpienie Syna Bożego świadczy, że Bóg nie tylko uznał, lecz i podjął tę samą logikę, której uznania i przyjęcia pragnie od ludzi.

Nasza wiara rodzi się w oparciu o wiarę Kościoła i święte księgi. Ale wiara zrodziła się w Izraelu, jeszcze zanim powstały księgi Starego Testamentu. W jaki sposób zrodziła się ta wiara? W jaki sposób rodzi się nasza wiara?

Nasza wiara nie rodzi się z czytania Pisma Świętego. Rodzi się przede wszystkim jako owoc i przejaw Tradycji, w jakie jesteśmy wszczepieni, oraz naszego wychowania. Przyjmujemy wiarę w Boga, jeszcze zanim poznamy cokolwiek z biblijnych ksiąg. Wiara rodzi się w nas jako tajemnicze dziedzictwo chrztu, którego woda nie spływa po dziecku tak, iż pozostaje tylko imię, które odtąd nosi, lecz chrzest sprawia szczególniejszą podatność na to, co otrzymujemy przez wychowanie. Oczywiście, jeżeli tego wychowania zabraknie, to i owoce chrztu mogą być znikome, bo łaska zakłada naturę i jej uwarunkowania.

Stosunkowo mało ludzi dochodzi do wiary w Boga w późniejszym okresie, a już zupełnie rzadkie są nawrócenia pod wpływem czytania Biblii. Samo czytanie ksiąg biblijnych nie zapewnia zrodzenia się wiary.

To, co powiedziałem, dotyczy również ludzi, którzy żyli w czasach Biblii. Wiara Izraela istniała na długo przed powstaniem najstarszych ksiąg biblijnych. Trwała i rozwijała się dzięki ustawicznej pamięci o Bożej obecności w dziejach Izraela, pamięci przekazywanej w rodzinach i sanktuariach. Najważniejsze jej elementy, czyli rozmaite tradycje, złożyły się na świętą Tradycję, świętą w znaczeniu normatywności dla wiary Izraela. Biblia powstała, by tę Tradycję utrwalić wtedy, kiedy była ona poważnie zagrożona w obliczu wrogich najazdów, deportacji i klęsk, a więc gdy jej stróżowie, czyli ojcowie rodzin i kapłani, byli narażeni na śmierć. W ten sposób księgi biblijne stały się nośnikami świętej Tradycji, a zarazem nośnikami wiary w Boga.

Rola tradycji wiary przekazywanej w rodzinie jest zrozumiała. Zdarzają się jednak nawrócenia dorosłych, pomimo że w rodzinie nie było wiary...

Oczywiście, że zdarzają się takie nawrócenia, bo nie można powiedzieć, że jedyną drogą do wiary jest droga przez rodzinę. Mimo to w warunkach polskich i europejskich właśnie rodzina stanowi najbardziej naturalny i najczęstszy kontekst narodzin i wzrostu wiary. Również w czasach Nowego Testamentu na drodze do wiary musiało nastąpić spotkanie z pamięcią o Jezusie Chrystusie i wiarą w Niego. W Dziejach Apostolskich czytamy, że dworzanin królowej Etiopii, wracając z Jerozolimy, czytał Księgę Izajasza (Dz 8,27n). Gdy spotkał Filipa, oświadczył, że nic z tego nie rozumie. Dopiero wtedy, gdy Filip wyjaśnił mu głębszy sens czytanego tekstu, czyli pomógł mu w objaśnieniu Starego Testamentu przez pryzmat osoby i wydarzenia Chrystusa (a to nie jest nic innego jak lektura ksiąg świętych w świetle Tradycji chrześcijańskiej), wtedy literalne rozumienie Pisma ustąpiło miejsca duchowemu, a dworzanin poprosił o chrzest. Wiara zawsze potrzebuje szeroko i dobrze pojętej Tradycji.

Wynikają stąd bardzo poważne konsekwencje. Po pierwsze, jeżeli ktoś chce osłabić wiarę i religijność, zazwyczaj nie uderza w prawdy wiary ani nie proponuje akademickich dyskusji na temat dogmatów, ale uderza w tradycję zachowywaną we wspólnotach Kościoła, niszcząc ją, osłabiając lub ośmieszając. Po drugie, dla człowieka, który stracił wiarę, ocaleniem może być wzgląd na tradycję. Przykładowo, dla kogoś, kto nie czuje żadnych związków ze sprawami religijnymi, momentem religijnego przebudzenia ku wartościom, które zagubił lub podeptał, może być rodzinne przeżywanie świąt Bożego Narodzenia, w którym tradycja odgrywa kluczową rolę. Jeżeli ludziom odbierze się tradycję, to i ich wiara może się stać się czymś pustym i pozbawionym koniecznej ochrony. Słyszymy o ludziach wierzących, ale nie praktykujących, co jest wielką bolączką naszych czasów.

Wiara, jeżeli jeszcze istnieje, staje się przeżyciem czysto indywidualnym, a nawet indywidualistycznym, które wobec licznych zagrożeń i pokus nie jest w stanie się obronić ani przetrwać.

Przypis:

[1] Margareta Gruber, Georg Steins, Trudności zaczynają się dopiero z Bogiem, Wydawnictwo Homo Dei, Kraków 2009, s. 9.

 

http://www.katolik.pl/index1.php?st=artykuly&id=2900

z ks. prof. Waldemarem Chrostowskim rozmawia Wojciech Zagrodzki CSsR.

Wojciech Zagrodzki CSsR: Wspomniał Ksiądz Profesor o wierzących nie praktykujących. Dzisiaj socjologowie rozpoznają inną kategorię: praktykujących, chociaż nie wierzących. Czy podtrzymywanie praktyki religijnej jako uświęconego tradycją zwyczaju może obudzić wiarę u tych ludzi (myślę np. o zwyczaju święcenia pokarmów na Wielkanoc)?

ks. Waldemar Chrostowski: Mówienie o "praktykujących, którzy nie wierzą" to bardzo zręczny chwyt, który ma osłabić Kościół i zachwiać przekonaniami tych, którzy do niego należą. Nie ma paraleli między wyrażeniem "wierzący nie praktykujący" oraz "praktykujący, którzy nie wierzą".

To pierwsze widać na zewnątrz, natomiast drugiego nie widać, a nawet więcej: widać coś zupełnie przeciwnego, bo patrzymy na ludzi, którzy uczestniczą w praktykach religijnych. O ile w pierwszym przypadku możemy dość rzetelnie ocenić skalę i rozmiary zaniedbania i absencji w praktykach religijnych, o tyle w drugim przypadku zupełnie z zewnątrz próbujemy dociec, co dzieje się we wnętrzu ludzi, którzy spełniają praktyki religijne. Owszem, zachowanie wielu z nich może wyglądać na powierzchowne, ale wielce ryzykowne i niesprawiedliwe byłoby zarzucanie im obłudy. Może się okazać, że w tego typu ocenach kryje się wola podważenia dobrych intencji wiernych, którzy pokonując własne słabości i trudności, biorą jednak udział w akcie religijnym. Wspólnotowe wyrażanie wiary chrześcijańskiej już samo w sobie zasługuje na wielki szacunek i rodzi pozytywne skojarzenia i skutki. Udział w akcie religijnym ma zawsze wymiar świadectwa dawanego Bogu. Jeżeli wierni uczestniczą w obrzędach i nabożeństwach, to czymś nieodpowiedzialnym jest sugerowanie, że praktykują, aczkolwiek nie wierzą. Kto ma termometr pokazujący stan sumienia w sprawach wiary?

Trzeba powiedzieć jasno: lepiej, gdy choćby raz w roku ktoś pojawia się w kościele, np. na wielkanocnym poświęceniu pokarmów, niż miałby nie przyjść do kościoła ani razu. Poświęcenie pokarmów jest składnikiem rodzimej tradycji chrześcijańskiej, który przywołuje wspomnienia z dzieciństwa i pozwala spojrzeć na siebie z innej strony niż codzienne zabieganie i zwyczajność. Oczywiście, przyjście raz w roku to nie ideał! Taki chrześcijanin nie będzie wzorem do naśladowania dla tych, którzy systematycznie uczestniczą w liturgii, ale może być powodem do refleksji dla tych, którzy do kościoła nie przychodzą wcale. Tym ludziom należy powiedzieć: jeżeli nie możesz dać Bogu więcej, daj przynajmniej odrobinę, ale nie pozwól sobie wmówić, że nie ma w tobie nic religijnego. Ponadto święcenie pokarmów ma charakter wspólnototwórczy, gdyż tworzy i umacnia więzi między ludźmi. Gdy w Wielką Sobotę na święcenie pokarmów przychodzą tysiące wiernych, widać, że łączy ich coś więcej niż to, że mieszkają obok siebie. Są wartości, które jedni przeżywają głębiej, inni płycej, ale jednak przeżywają. I to jest cenne.

Jeżeli wiara Izraelitów wyrosła w tak silnej tradycji religijnej, to dlaczego na kartach Starego Testamentu tak często widać ślady ich wątpienia?

Skoro ślady wątpliwości, jakie odczuwali Izraelici, pojawiają się na kartach Biblii, to znaczy, że nie zostały one zafałszowane ani przemilczane. Nie można ignorować wątpliwości, które nosimy w sobie, ani sztucznie dławić wątpliwości innych ludzi. Odwaga wiary polega nie na tym, że stronimy od trudnych pytań, lecz na tym, że nie poprzestajemy na łatwych odpowiedziach. Izrael pozostawił liczne świadectwa szukania Boga, a nawet zmagania się z Nim. Nie zawsze mamy odwagę, by wyzwania i problemy wiary stawiać tak zdecydowanie i otwarcie, jak to jest w Biblii. Wolimy "upudrowaną" wersję pobożności, w której wszystko układa się w ciąg wierności, posłuszeństwa, czystości itd. Lecz Stary i Nowy Testament są dalekie od takiego obrazu religijności. W księgach świętych zachowały się świadectwa wielu niewierności i zwątpień, ale gdy o zwątpieniu i upadkach mówi się otwarcie, wtedy wszystko staje się łaską. Biblia to zapis trwającej przez stulecia przygody z Bogiem. Izraelici często stwierdzali swoje niewierności i widzieli, że zło bywało od nich silniejsze, ale jednocześnie odkrywali, że moc Boża jest silniejsza niż zło, które ich ogranicza i przygniata. Bóg potrafi tak ułożyć ludzkie losy, że ostatnie słowo, jeśli tylko pozwolimy, zawsze należy do Niego. Wiele ludów, które stanowiły ogromne potęgi (Sumerowie, Babilończycy, Asyryjczycy, Hetyci, Egipcjanie), przepadło, a Izraelici trwali i przetrwali.

Lecz i ich los okazał się dramatyczny, bo w pewnym momencie historii znacząca ich część powiedziała "nie" Bogu, który objawił się w Jezusie Chrystusie. To "nie" trwa po dzień dzisiejszy w judaizmie. Z drugiej strony, niemała część Izraelitów powiedziała Bogu "tak". Pierwszą wśród nich była Maryja, w której dokonało się przejście od nadziei żydowskiej do nadziei chrześcijańskiej, a następnie apostołowie, uczniowie i pierwsi wyznawcy, którzy rekrutowali się z ludu Bożego wybrania. Ich "tak" stało się początkiem Kościoła. Jeżeli niekiedy przychodzi nam do głowy, by potępiać tych Izraelitów, którzy powiedzieli Bogu "nie", musimy pamiętać z całą pokorą, że to żydowskie "nie" jest także obrazem "nie", które mówią Bogu również chrześcijanie. A mówimy Bogu "nie" wtedy, gdy grzeszymy. W tym znaczeniu żydowskie "nie" staje się też obrazem wszystkich, którzy wprawdzie wyznają Jezusa wargami, ale sercem bywają od Niego daleko. To jest najtrudniejszy aspekt chrześcijańskiej tożsamości.

Grzech rodzi się niekiedy z ludzkiej słabości i nie zawsze jest całkowitą negacją Boga...

W takim razie i żydowskie "nie" powinniśmy uznać za wyraz słabości i znak, że mimo wszystkich swoich skutków nie stanowi ono całkowitej negacji Boga. Paradoks żydowskiego "nie" polega na tym, że ono chciało obronić Boga wbrew Bogu samemu. Żydzi byli przekonani, że Bóg jest pełen dostojeństwa i majestatu, wielki i potężny tak bardzo, że Jezus umęczony wydał się im nie do przyjęcia jako zapowiadany Mesjasz. Za wszelką cenę chcieli ocalić pojęcie i obraz Boga, który w sobie nosili. Bóg objawiający się w Jezusie Chrystusie przegrał z wizerunkiem, któremu oni chcieli dochować wierności!

Czyż nie jest to i nasza trudność dzisiaj, że nosimy jakieś wyobrażenie Boga, któremu próbujemy pozostać wierni, pomimo że nie przystaje ono do codziennego doświadczenia?

Dlatego także i w tym względzie los żydowski jest obrazem losu chrześcijańskiego. Chociaż pod wieloma względami bardzo się od siebie nawzajem różnimy, jednak w tym, co najgłębsze, nasz los jest podobny. Największa różnica polega na tym, że my, chrześcijanie, jako wyznawcy jedynego Boga idziemy do Niego przez Chrystusa, natomiast wyznawcy judaizmu zmierzają do Boga bez Chrystusa, a nawet świadomie i całkowicie negują Jego potrzebę na drodze swojej wiary w Boga.

A może stało się tak dlatego, że tak wtedy Żydom, jak i nam dzisiaj Bóg objawia się w sposób zbyt subtelny i niekiedy trudno jest Go rozpoznać?

W tym miejscu warto wrócić do myśli Jana Pawła II zapisanych w książce Przekroczyć próg nadziei. Odpowiadając na wołanie: Ukaż nam, Panie, swoje oblicze, Bóg objawił siebie, i to w taki sposób, że zbliżył się do człowieka najbardziej, jak tylko mógł: stał się człowiekiem. Ale właśnie ten fakt wywołał sprzeciw, i to już od pierwszego wystąpienia Jezusa w synagodze w Nazarecie. A potem jeszcze większy sprzeciw wywołała sytuacja, gdy Jezus podzielił ludzki los w tym, co najtrudniejsze, czyli w cierpieniu i śmierci. Papież napisał: Czy można się dziwić, że nawet wyznawcom jedynego Boga, którego Abraham był świadkiem, trudno jest przyjąć wiarę w Boga ukrzyżowanego? Uważają, że Bóg może być tylko potężny i wspaniały, absolutnie transcendentny i piękny w swojej mocy, święty i nieosiągalny dla człowieka. Bóg może być tylko taki! Nie może On być Ojcem i Synem, i Duchem Świętym. Nie może być Miłością, która siebie daje, która siebie pozwala widzieć, słyszeć i naśladować jako człowiek, która siebie pozwala krępować, bić po twarzy i krzyżować.

To nie może być Bóg...! Tak więc w samym środku wielkiej monoteistycznej tradycji jest obecne takie głębokie rozdarcie (s. 30).

Wcielenie Syna Bożego stanowiło wielkie ryzyko Boga, który wyszedł na spotkanie człowieka. Okazało się, że nie wszyscy są w stanie to przyjąć. Mimo to Bóg swoich planów nie zmienił.

Następstwa samoobjawienia się Boga w Jezusie Chrystusie okazały się dla części ludu Bożego wybrania dramatyczne. Przytoczmy jeszcze raz słowa Jana Pawła II, który zastanawiając się, czy Bóg mógł pójść dalej w tym zbliżaniu się do człowieka i jego możliwości poznawczych, odpowiada: Wydaje się, że poszedł najdalej, jak tylko mógł, dalej już iść nie mógł. Poszedł w pewnym sensie za daleko...! Czyż Chrystus nie stał się zgorszeniem dla Żydów, a głupstwem dla pogan (1 Kor 1,23)? Właśnie przez to, że Boga nazywał swoim Ojcem, że tego Boga tak bardzo objawiał sobą, iż zaczęto odnosić wrażenie, że za bardzo...! W pewnym sensie człowiek już nie mógł tej bliskości wytrzymać i zaczęto protestować. Ten wielki protest nazywa się naprzód Synagogą, a potem Islamem. I jedni, i drudzy nie mogą przyjąć Boga, który jest tak bardzo ludzki. Protestują: "To nie przystoi Bogu". "Powinien pozostać absolutnie transcendentny, powinien pozostać czystym Majestatem - owszem, Majestatem pełnym miłosierdzia, ale nie aż tak, żeby sam płacił za winy swojego stworzenia, za jego grzech" (s. 49).

Czyli Żydzi odrzucili Boga, aby – jak to Ksiądz Profesor powiedział –ocalić własne Jego wyobrażenie, ukształtowane na przestrzeni wieków wiary Izraela?

Oczekiwany Mesjasz miał być królem, prorokiem i kapłanem. Izraelici pod Boże obietnice podkładali własne wyobrażenia i koncepcje króla, proroka i kapłana. Okazało się, że w zderzeniu z Bożą rzeczywistością ich koncepcje przeważyły. Również w apostołach odnajdujemy liczne przejawy starotestamentowych koncepcji w takim kształcie, w jakim oni je pojmowali. Na skutek tego opuścili Jezusa w godzinie Jego męki, a więc to, co później stało się udziałem znaczącej części Żydów, najpierw było udziałem apostołów. Apostołowie też przeżyli "zgorszenie Krzyża". Pamiętamy, jak zareagował Piotr, gdy Jezus zapowiedział swoją mękę i śmierć. Wziął Jezusa na bok i zaczął Go upominać: Panie, niech Cię Bóg broni! Nie przyjdzie to nigdy na Ciebie! (Mt 16,22). Apostołowie i pierwsi uczniowie długo zmagali się, by pokonać w sobie kategorie ludzkich wyobrażeń o Mesjaszu. Bramą do uznania w Jezusie zapowiedzianego Mesjasza stało się Jego zmartwychwstanie. Ci, którzy doświadczyli jego mocy, mogli w radykalnie nowy sposób spojrzeć na Jego mękę i śmierć. A tym samym w nowy sposób, czyli chrystologicznie, odczytać wszystkie obietnice i zapowiedzi Starego Testamentu.

Co się stało z tymi, którzy Jezusa Chrystusa nie przyjęli? Jakie konsekwencje dla życia powoduje odrzucenie Chrystusa?

Ci spośród członków Izraela, którzy Jezusa Chrystusa nie przyjęli, dali podstawy pod głęboką przebudowę życia biblijnego Izraela, która pod koniec I w. ery chrześcijańskiej zakończyła się wyłonieniem istniejącej do dzisiaj formy judaizmu, którą nazywamy judaizmem rabinicznym albo talmudycznym. Jego główne zasady zostały ujęte w Misznie (ok. 220 r.) i w dwóch dziełach, które otrzymały nazwę Talmudu - Palestyńskiego (ok. 400 r.) i Babilońskiego (ok. 500 r.). Z czasem normatywny stał się Talmud Babiloński. Czym jest Nowy Testament dla chrześcijan, tym jest Talmud dla wyznawców judaizmu. Dzisiejszy judaizm nie jest religią Starego Testamentu, analogicznie jak i chrześcijaństwo nie jest religią Starego Testamentu. Chrześcijaństwo przyjmuje i odczytuje Stary Testament w świetle Nowego Testamentu, czyli przez pryzmat Jezusa Chrystusa, natomiast judaizm przyjmuje i odczytuje Biblię Hebrajską bez Jezusa Chrystusa, a nawet wbrew Niemu, bo przez pryzmat Talmudu.

Jak z chrześcijańskiej perspektywy oceniać to odrzucenie Jezusa? Przede wszystkim trzeba być bardzo ostrożnym, bo nie możemy sobie uzurpować prawa do wydawania ostatecznych wyroków, do których uprawniony jest jedynie Bóg. Trzeba pamiętać, że od ponad dziewiętnastu wieków wyznawcy judaizmu rodzą się w określonej żydowskiej tradycji. Swoją wiarę, a także obraz Chrystusa i chrześcijaństwa przejmują z tego, co otrzymują w rodzinach i swojej wspólnocie religijnej. Być może byłoby dobrze, gdyby obraz Chrystusa mogli im przedstawić chrześcijanie, ale jest to niemożliwe, bo tradycja żydowska jest bardzo hermetyczna i nie dopuszcza jakichkolwiek dyskusji na temat Jezusa ani religijnych czy teologicznych kontaktów z chrześcijanami. Dwaj papieże, Jan Paweł II i Benedykt XVI, odwiedzili rzymską synagogę, ale nie słychać, by reprezentatywni dla judaizmu rabini udali się do Bazyliki Św. Piotra. To nam ilustruje asymetrię we wzajemnych stosunkach i potwierdza, że wyznawcy judaizmu unikają głębszego spotkania z Jezusem Chrystusem i chrześcijaństwem. Daje to nam wiele do myślenia, lecz ocenę tego zjawiska lepiej jest zostawić Bogu.

Czy trudności związane z przyjęciem Jezusa Chrystusa, z którymi musieli zmierzyć się Izraelici, są obecne również dzisiaj w naszych zmaganiach? Jest nam łatwiej czy trudniej?

Z całą pewnością ich trudności z przyjęciem Mesjasza były większe niż nasze, bo oni dwa tysiące lat temu stanęli wobec Człowieka, który nauczał z wielką mocą i dokonywał nadzwyczajnych znaków, ale nie sytuował siebie w długim ciągu wielkich bohaterów wiary Starego Testamentu, lecz wznosił się ponad nich wszystkich. Jego tożsamość to nie rezultat ewolucji wiary biblijnego Izraela, ale radykalnej rewolucji. Co prawda Jezus nigdy nie mówił do swojego pokolenia, że jest Bogiem, bo zostałoby to potraktowane jako bluźnierstwo. Tylko jeden raz, i to w krytycznym momencie, przed Sanhedrynem, na żądanie arcykapłana: Poprzysięgam cię na Boga żywego, powiedz nam: czy Ty jesteś Mesjasz, Syn Boży? (Mt 26,63), Jezus odpowiedział: Tak, Ja Nim jestem (Mt 26,64). Ale cały czas podprowadzał swoich słuchaczy pod próg tej wiary. Opowiadając o tym, Ewangelie patrzą na Jezusa już przez pryzmat zmartwychwstania, podczas gdy ci, którzy powiedzieli Jezusowi "nie", pozostali niejako w sytuacji przedpaschalnej.

Prowadzę wiele pielgrzymek do Ziemi Świętej. Czasami, gdy na Górze Błogosławieństw znajdujemy się w stanie podniosłego zachwytu, prowokuję pielgrzymów do znalezienia się w sytuacji dawnych świadków życia Jezusa. Stawiam pytanie: gdyby w tym momencie Jezus stanął przed nami, polecił zostawić wszystko i nie wracać do Polski, to co byśmy zrobili? Grupa na pewno znacznie by się przerzedziła, bo księża chcieliby wrócić do powierzonych im parafii, a większość wiernych do swoich bliskich i obowiązków. Ta sytuacja pokazuje skalę trudności, z którymi musieli się zmierzyć Izraelici w spotkaniu z Jezusem historycznym. Nam wierzyć jest dużo łatwiej, bo Jezusa historycznego oglądamy przez pryzmat zmartwychwstania i wiary Kościoła, która liczy sobie już prawie dwa tysiące lat.

Innymi słowy, jesteśmy w sytuacji św. Pawła, który od razu spotkał Jezusa Zmartwychwstałego. Czy jednak św. Paweł przeszedł jakąś drogę zmagania o wiarę i czy w nim również musiała się dokonać jakaś rewolucja?

Paweł musiał w sobie pokonać bardzo wiele trudności. Musiał zdobyć pewność, że to, co przeżył pod Damaszkiem, nie było złudzeniem ani przywidzeniem, ale że było to realne spotkanie z Jezusem Chrystusem, który zmartwychwstał i żyje. On, który doskonale znał tradycję Izraela i Biblię, musiał uzgodnić swoje osobiste doświadczenie z obietnicami mesjańskimi i osiągnąć pewność, że spełniły się one w Jezusie Chrystusie, który przeszedł przez mękę i śmierć. Dlatego po przemianie pod Damaszkiem udał się do Arabii (tereny dzisiejszej Jordanii) i tam pozostał dwa lata, które wypełnił żmudnym utwierdzaniem się w tym, iż to, co przeżył, pozostaje w najgłębszej i pełnej zgodzie z treścią ksiąg świętych. Doszedł do przekonania, że Bóg objawił się w Jezusie nie tak, jak wyobrażali to sobie Izraelici i on sam, kiedy prześladował Kościół, ale że objawił się w Jezusie Chrystusie uniżonym i cierpiącym. Dlatego później Paweł odważnie przyjmuje cierpienia, a nawet dochodzi do niezwykłej konkluzji: Już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus (Ga 2,20). Nigdy nie skarżył się na krzywdy i prześladowania, jakie go spotykały, bo traktował je jako współcierpienie z Chrystusem.

Coś podobnego i w nas musi się dokonać... Czy i w tym względzie historia św. Pawła może być pomocą w naszych zmaganiach o wiarę?

Najstarszym pismem Nowego Testamentu jest Pierwszy list do Tesaloniczan, który został napisany, zanim powstała jakakolwiek Ewangelia kanoniczna. Na początku czytamy: Paweł, Sylwan i Tymoteusz do Kościoła Tesaloniczan w Bogu Ojcu i Panu Jezusie Chrystusie (1,1). Zatem chronologicznie pierwszym słowem Nowego Testamentu jest imię "Paweł". Wielkość Apostoła Narodów polega na tym, że gdy uwierzył w Chrystusa i przylgnął do Niego, wtedy wyraził swoją wiarę w kategoriach rozumu, czyli położył podwaliny pod teologię chrześcijańską. Jeżeli chcemy

- wracamy do początku naszej rozmowy - budować wiarę, musimy to czynić przede wszystkim przez rozwijanie solidnej chrześcijańskiej teologii, czyli dać naszej wierze mocne rozumowe uzasadnienie, podbudowę i rozwinięcie.

Czy obrazem naszych trudności będzie również spór o ważność rytuałów i zwyczajów judaistycznych dla chrześcijanina?

Ten spór pokazuje, jak bardzo człowiek w swojej wierze i pobożności chce zachować to, co ludzkie i zwyczajowe. O co chodziło w tym sporze? Izraelici przywykli do wyznawania Boga w takim kształcie, który odróżniał ich od wszystkich innych narodów. Gdy wielu z nich stało się chrześcijanami, wówczas pewna ich część chciała nadal podtrzymywać dawniejszą separację, czyli odróżniać się od innych ludzi. A Paweł powiedział: nie! I uzasadnił to tak: Bo wy wszyscy, którzy zostaliście ochrzczeni w Chrystusie, przyoblekliście się w Chrystusa. Nie ma już Żyda ani poganina, nie ma już niewolnika, ani człowieka wolnego, nie ma już mężczyzny ani kobiety, wszyscy bowiem jesteście kimś jednym w Chrystusie Jezusie (Ga 3,27-28). Nie ma już Żyda ani Greka, nie ma mężczyzny ani kobiety nie dlatego, jakoby chrześcijanie utracili swą tożsamość albo cielesność i płciowość, ale dlatego, że te kategorie przestały być ważne. Chrystus jednoczy wszystkich! Nie ma więc potrzeby zachowywania dawnych przepisów i rozporządzeń rytualnych, trzeba odejść od starotestamentowych form pobożności, by umożliwić jak największej liczbie ludzi uznanie objawienia Boga w Jezusie Chrystusie. Chodzi więc o to, by na przeszkodzie temu, co najważniejsze, nie stanęły sprawy drugorzędne jak np. obrzezanie czy rygorystyczne przepisy pokarmowe.

Jeśli Biblia opowiada nie tylko o Bogu, ale również o drodze człowieka odkrywającego Boga, to czy można ją czytać jako odzwierciedlenie naszej drogi do zaufania Bogu? Jeśli tak, to na co należy zwrócić uwagę, żeby lektura Biblii stała się czymś w rodzaju szkoły religijnego doświadczenia Boga?

Wchodzimy w zupełnie nowe zagadnienie, które nadaje się na osobną rozmowę. Powiem coś, co otwiera horyzonty, ale w żaden sposób nie wyczerpuje tego tematu. Biblia jest świadectwem drogi do Boga, świadectwem rozterek, trudności, wątpliwości, a zarazem tego, w jaki sposób były one przezwyciężane. Biblia opowiada o rozmaitych występkach, grzechach, trudnościach i wątpliwościach Izraela dlatego, bo zostały one pokonane. Biblia przedstawia pewien obraz drogi biblijnego Izraela do Boga, która jest równocześnie obrazem naszej drogi, gdyż współczesny człowiek ma podobne trudności, chociaż przeżywa je w odmiennych okolicznościach. Z drugiej strony, nie wolno zapomnieć o tym, że obraz Boga w Biblii (a także obraz drogi do Boga) jest zapośredniczony. To znaczy: nie oglądamy Boga takim, jaki On jest, ale takim, jak widzieli Go i przeżywali biblijni Izraelici, utrwalając ów wizerunek w księgach świętych. Na kartach Starego Testamentu mamy ludzki sposób mówienia o Bogu, a także przypisywanie Bogu ludzkich kształtów, postaw i uczuć. W tym zapośredniczeniu radykalną nowością było objawienie się Boga w Jezusie Chrystusie, ale tego zagadnienia na pewno tutaj nie rozwiniemy. Pozostawmy je na osobną rozmowę.